Dębowa biblioteka, tajne przejścia i klient z wąsami

W zawodzie stolarza widziałem już wiele. Szafy, które miały prowadzić do „innego wymiaru” (czyli do garażu sąsiada), łóżka w kształcie trumien dla fanów wampirów, a nawet kuchnię, w której blaty musiały być na wysokości 120 centymetrów, bo klientka lubiła gotować w szpilkach na platformach. Ale to, co spotkało mnie u pana Juliana, przebiło wszystko.
Dostałem telefon w środku tygodnia. Głos w słuchawce był konkretny, niski, radiowy.
– Szukam profesjonalisty. Kogoś, kto rozumie duszę drewna, ale szanuje inżynierię. Pieniądze nie grają roli, liczy się precyzja.
Przyznacie sami – brzmi jak muzyka dla uszu rzemieślnika. Umówiliśmy się na pomiar w nowoczesnej willi pod miastem. Na miejscu przywitał mnie pan Julian – człowiek w nienagannym garniturze, wyglądający jak prezes banku albo handlarz diamentami. Wprowadził mnie do ogromnego salonu.
– Tutaj – wskazał na pustą ścianę o wymiarach pięć na trzy metry. – Chcę zabudowę biblioteczną. Lity dąb, barwiony na orzech, styl angielski. Klasyka, gzymsy, pilastry. Ma to wyglądać jak gabinet Churchilla.
Kiwałem głową z uznaniem. Piękna robota, konkretny zarobek. Wyciągnąłem miarkę, notes i zacząłem szkicować. Wtedy pan Julian chrząknął.
– Jest jednak pewien… wymóg operacyjny. Widzi pan, ta biblioteka musi być w pełni funkcjonalnym systemem komunikacji pionowej i poziomej dla Napoleona.
– Napoleona? – zapytałem, rozglądając się za jakimś dzieckiem.
Wtedy do pokoju wtoczył się ON. Napoleon. Brytyjski kot krótkowłosy o gabarytach małej betoniarki. Był szary, patrzył na mnie z pogardą i ważył na oko z dziesięć kilo. Poruszał się z gracją czołgu, który zgubił gąsienicę.
– Napoleon lubi obserwować terytorium z góry – wyjaśnił śmiertelnie poważnie pan Julian. – Ale Napoleon ma swoje lata i… cóż, grawitacja nie jest jego sprzymierzeńcem. Biblioteka musi mieć ukryte rampy, tunele wewnątrz półek i systemy antypoślizgowe ukryte w gzymsach.
Zacząłem mrugać. Myślałem, że gość żartuje. Ale on wyciągnął teczkę z projektami.
- Półki na książki? Nie. To miały być schody ukryte za atrapami grzbietów encyklopedii.
- Ozdobne kolumny? Puste w środku, wyłożone wykładziną sizalową, żeby Napoleon mógł się wspinać jak komandos.
- Zwieńczenie mebla? To nie gzyms, to „taras widokowy” z miękką poduszką.
– Panie Julianie – zacząłem ostrożnie. – Rozumiem, że chce pan drapak, ale…
– Nie chcę drapaka! – obruszył się. – Chcę poważną bibliotekę, która nie zaburzy estetyki mojego salonu, a jednocześnie pozwoli Napoleonowi poczuć się jak władca. Żadnych sznurków, żadnego pluszu na widoku. Wszystko ma być ukryte w dębie.
Wziąłem to zlecenie. Głównie z ciekawości, jak, do cholery, mam to zrobić. Przez trzy tygodnie mój warsztat wyglądał jak laboratorium szalonego naukowca. Frezowałem tunele w litym drewnie. Testowałem kąty nachylenia ramp, używając worka z piaskiem o wadze kota. Moi pracownicy płakali ze śmiechu, kiedy szlifowałem wnętrze ozdobnej kolumny, mrucząc pod nos: „Czy jego wysokość się tu nie zaklinuje?”.
Najtrudniejszym elementem była „tajna komnata”. Pan Julian zażyczył sobie, aby jedna z sekcji z książkami otwierała się pod naporem kociego łba, prowadząc do wyściełanej aksamitem sypialni.
– Mechanizm musi być czuły, ale stabilny. Napoleon nie lubi siłować się z materią – instruował mnie klient przez telefon.
W końcu nadszedł dzień montażu. Zabudowa wyglądała majestatycznie. Ciemny dąb lśnił, zapach wosku unosił się w powietrzu. Nikt, absolutnie nikt, nie domyśliłby się, że ta biblioteka to w rzeczywistości najbardziej ekskluzywny plac zabaw dla otyłego kota w tej części Europy.
– Czas na test – zarządził pan Julian. Emocje sięgały zenitu. Wyjąłem rachunek (tłusty jak sam Napoleon), ale klient gestem nakazał ciszę.
Wziął Napoleona na ręce. Kot wyglądał na znudzonego życiem. Pan Julian postawił go przy „wejściu A” – dyskretnej szparze przy listwie podłogowej, prowadzącej do tunelu wewnątrz szafki RTV.
– Idź, Napoleonie. Zdobywaj szczyty! – zachęcił go właściciel.
Kot powąchał dąb za czterdzieści tysięcy złotych. Prychnął. Następnie odwrócił się tyłem do mebla, podszedł do kartonowego pudła, w którym przywiozłem zawiasy, wszedł do środka i zasnął.
Staliśmy tak z panem Julianem w ciszy przez dobrą minutę.
– Może musi nabrać mocy urzędowej? – zasugerowałem nieśmiało.
– Może – odpowiedział smutno klient, patrząc na swoje dzieło sztuki stolarskiej. – Albo po prostu woli karton.
Pieniądze dostałem, ale do dziś, gdy patrzę na dostojne, dębowe meble, zastanawiam się, czy w środku nie siedzi jakiś gruby kot, śmiejący się z ludzkiej próżności.
Morał z tej historii? Klient nasz pan, ale kot i tak zawsze będzie szefem wszystkich szefów. A karton po narzędziach zawsze wygra z dębem.
