Mój klient chciał wycisnąć 140 kg… samą siłą woli. Musiałem go asekurować, żeby nie zgniotło go powietrze

W branży fitness pracuję od siedmiu lat. Widziałem już wiele. Widziałem gości, którzy robili przysiady na piłkach bosu, żonglując hantlami (skończyło się na SOR-ze). Widziałem dziewczyny, które przychodziły na bieżnię w szpilkach, bo „łydka lepiej pracuje”. Widziałem nawet gościa, który jadł surowego kurczaka w szatni, bo gdzieś przeczytał, że obróbka termiczna zabija białko. Ale nic, absolutnie nic, nie przygotowało mnie na spotkanie z Panem Waldemarem.
Waldemar zapisał się do mnie na pakiet „Metamorfoza Totalna”. Brzmiało standardowo. Przyszedł na pierwsze spotkanie ubrany w welurowy dres w kolorze głębokiego fioletu i mokasyny. To już powinno zapalić w mojej głowie lampkę ostrzegawczą, ale hej – klient płaci, klient wymaga. Może po prostu lubi styl retro.
– Panie trenerze – zaczął, patrząc mi głęboko w oczy. – Nie interesuje mnie konwencjonalna hipertrofia. To dla amatorów. Ja chcę pracować nad gęstością mięśnia kwantowego.
Zamrugałem. – Słucham? Gęstością czego?
– Mięśnia w ujęciu metafizycznym. Widzi pan, ciało to tylko powłoka. Prawdziwa siła drzemie w umyśle. Chcę, żeby pan mnie prowadził w treningu ideomotorycznym z elementami wizualizacji obciążenia progresywnego.
Wtedy jeszcze myślałem, że gość po prostu chce dużo gadać o technice. O, jakże się myliłem.
Poszliśmy na strefę wolnych ciężarów. Była godzina 18:00, szczyt, siłownia pełna spoconych ludzi walczących o każdą ławeczkę. Znalazłem jedną wolną przy wyciskaniu leżąc. Sięgnąłem po gryf, żeby założyć talerze, ale Waldemar chwycił mnie za nadgarstek z siłą imadła.
– Nie! – krzyknął, a połowa sali odwróciła się w naszą stronę. – Fizyczny ciężar to ograniczenie dla słabych umysłów. Dzisiaj robimy klatkę na sucho. Ale z pełnym obciążeniem mentalnym.
Stanąłem jak wryty. – Chce pan wyciskać sam gryf?
– Gryf? Gryf waży tylko 20 kilogramów. To dla dzieci. Ja dzisiaj atakuję 140 kilogramów. Ale w sferze astralnej.
I tak oto, moi drodzy, zaczął się najbardziej absurdalny trening w mojej karierze. Waldemar położył się na ławce. Nad nim nie było nic. Pusta przestrzeń. Nawet gryfu nie wziął do rąk, bo stwierdził, że „metal zakłóca jego biopole”. Ułożył dłonie w powietrzu, jakby trzymał niewidzialną sztangę.
– Proszę o asekurację, trenerze – rzucił poważnie. – To moja życiówka.
Rozejrzałem się. Ludzie patrzyli. Kątem oka widziałem, jak wielki kark, stały bywalec o ksywie „Betoniara”, przestał robić martwy ciąg i gapił się na nas z otwartą buzią. Ale cóż, jestem profesjonalistą. Stanąłem za głową Waldemara i wyciągnąłem ręce nad jego czołem, asekurując absolutną nicość.
– Trzy, dwa, jeden… góra! – wrzasnął Waldemar.
Jego twarz momentalnie poczerwieniała. Żyły na skroniach wyszły mu na wierzch. Ręce drżały, jakby faktycznie trzymał nad sobą małego Fiata 126p. Wydawał z siebie dźwięki, jakich nie słyszałem nawet u trójboistów bijących rekordy świata. To było charczenie połączone z sykiem uciekającego powietrza z opony.
– Jeszcze jedno! – krzyknąłem, wczuwając się w rolę, bo co mi pozostało? – Dawaj, Waldek, to jest lekkie!
– Cięęężżżkieee! – wyjęczał, trzęsąc się jak galareta.
Nagle stało się coś, co przerosło moje pojmowanie rzeczywistości. Waldemar „upuścił” sztangę. Jego ręce gwałtownie opadły na klatkę piersiową (oczywiście puste), a on sam zaczął się dusić i charczeć, jakby 140 kg żeliwa właśnie miażdżyło mu mostek.
– Aaaa! Zdejmij to! Zdejmij! – wrzeszczał, wierzgając nogami.
Wpadłem w panikę. Nie dlatego, że coś mu groziło, ale dlatego, że sytuacja była tak groteskowa, że mózg odmawiał mi posłuszeństwa. Musiałem „chwycić” tę niewidzialną sztangę i z całej siły pociągnąć ją do góry.
Zrobiłem przysiad, napiąłem bicepsy i z udawanym wysiłkiem „podniosłem” powietrze znad jego klatki piersiowej. Wykonałem ruch odkładania na stojaki. Waldemar natychmiast przestał się dusić. Odetchnął głęboko, łapiąc się za klatkę.
– Uff… – sapnął, ocierając pot z czoła. I on naprawdę był spocony! – Dzięki, trenerze. Było blisko. Mówiłem, że lewa strona mi dzisiaj nie domaga.
W siłowni panowała absolutna cisza. Nawet muzyka z głośników wydawała się cichsza. Betoniara wciąż stał z gryfem w dłoniach, zapominając, że miał robić serię. Jakaś dziewczyna nagrywała nas telefonem, prawdopodobnie z podpisem „Co tu się odjaniepawla”.
Waldemar wstał, rozmasował sobie barki i spojrzał na mnie z uznaniem.
– Dobra asekuracja. Czuję pompę. Myślę, że na dzisiaj wystarczy, nie chcę przetrenować układu nerwowego. Widzimy się w czwartek na martwym ciągu? Planuję 200 kilo.
– Panie Waldemarze – wydusiłem z siebie. – Chyba będę musiał podnieść stawkę za ryzyko zawodowe.
– Zrozumiałe – pokiwał głową. – Praca z takimi ciężarami to nie przelewki.
Zapłacił, przybił mi żółwika i wyszedł, zostawiając mnie pośrodku osłupiałej siłowni. Betoniara podszedł do mnie, poklepał po plecach i powiedział tylko jedno słowo:
– Szacun.
Co z tego wynika?
Praca trenera to nie tylko anatomia i dietetyka. To czasem też teatr absurdu i psychiatria w jednym. A jeśli kiedyś pomyślicie, że nie macie siły iść na trening – pamiętajcie o Waldemarze, który prawie zginął przygnieciony własną wyobraźnią. Skoro on mógł się spocić od myślenia, wy możecie chociaż ruszyć się z kanapy. Tylko błagam, używajcie prawdziwych ciężarów. Łatwiej się je zdejmuje.
