Zabójcze słońce i tłumy: Dlaczego warto słuchać fotografa w podróży

Wielu osobom wydaje się, że bycie fotografem podróżniczym to praca marzeń polegająca na piciu drinków z palemką i okazjonalnym naciskaniu spustu migawki, gdy słońce ładnie zachodzi za horyzont. Rzeczywistość? Cóż, rzeczywistość to często logistyka, negocjacje i walka z żywiołem, w której największą przeszkodą bywa… wyobrażenie klienta o tym, jak powstają „te idealne zdjęcia z Instagrama”.
Ta historia wydarzyła się w jednym z tych malowniczych, południowoeuropejskich miasteczek, gdzie domki kaskadowo schodzą do morza, a uliczki są tak wąskie, że ledwo mieszczą się tam dwa skutery. Miejsce przepiękne, ale też piekielnie popularne.
Odezwała się do mnie para, nazwijmy ich Magda i Piotr. Byli w podróży poślubnej i chcieli mieć pamiątkę „lepszą niż selfie”. Brzmiało świetnie. Przejrzeli moje portfolio, spodobał im się mój styl – naturalny, ciepły, skupiony na emocjach. Ustaliliśmy datę, ale problem pojawił się przy ustalaniu godziny.
– Słuchajcie – powiedziałem podczas wideorozmowy. – To jest szczyt sezonu. Lipiec. Żeby zrobić te zdjęcia na głównym tarasie widokowym, musimy tam być o 6:00 rano. Maksymalnie 6:30. Wtedy mamy miękkie światło, chłód i, co najważniejsze, puste ulice.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– O szóstej? – głos Magdy był pełen niedowierzania. – Ale my jesteśmy na wakacjach. My chcemy się wyspać. Poza tym o szóstej słońce jest nisko, a my chcemy taki soczysty błękit nieba i turkus wody. Jak na pocztówkach. Umówmy się na 13:00.
Próbowałem tłumaczyć. Mówiłem o ostrym świetle, które tworzy brzydkie cienie pod oczami (tzw. efekt szopa pracza). Mówiłem o temperaturze sięgającej 35 stopni w cieniu. Mówiłem o tłumach turystów wylewających się z autokarów. Ale Piotr był nieugięty.
– Panie fotografie, płacimy, więc wymagamy. Ma być 13:00, bo wtedy mamy rezerwację w restauracji obok. Zrobimy szybką sesję przed obiadem.
Zgodziłem się, choć z ciężkim sercem. Czasami człowiek musi pozwolić klientowi wejść na grabie, żeby ten zrozumiał, dlaczego leżały one zębami do dołu.
Spotkaliśmy się w samo południe. Słońce prażyło tak, że asfalt zdawał się płynąć. Magda miała na sobie piękną, długą suknię, a Piotr lnianą koszulę i marynarkę. Wyglądali świetnie… przez pierwsze trzy minuty.
Kiedy dotarliśmy na „ten słynny punkt widokowy”, okazało się, że nie jesteśmy tam sami. Było tam około trzystu innych osób z kijkami do selfie, dronami i krzyczącymi dziećmi. Żeby zrobić kadr bez obcych ludzi w tle, musiałbym chyba lewitować nad przepaścią.
– No to róbmy! – rzucił Piotr, ocierając pot z czoła.
Zacząłem robić zdjęcia. Warunki były tragiczne. Słońce w zenicie działa jak bezlitosny reflektor. Rzuca ostre, czarne cienie pod nos, pod oczy i pod brodę. Każda niedoskonałość cery jest uwypuklona. Kolory? Zamiast nasyconych barw, wszystko było wypłowiałe i przepalone od nadmiaru światła.
– Otwórzcie oczy szerzej! – krzyknąłem, bo oboje mrużyli je niemiłosiernie od blasku.
– Nie mogę, razi mnie! – odkrzyknęła Magda. Po jej skroni spływała strużka potu, rujnując staranny makijaż. Suknia zaczynała kleić się do ciała.
Po piętnastu minutach atmosfera zgęstniała bardziej niż powietrze. Piotr był czerwony na twarzy i wściekły, że „ludzie wchodzą mu w kadr”. Magda była bliska płaczu, bo widziała na podglądzie w aparacie, że nie wygląda jak księżniczka Disneya, tylko jak zmęczona turystka w saunie. Zaczęli się kłócić. O to, że gorąco. O to, że on źle stanął. O to, że ona marudzi.
Wtedy wkroczyłem.
– Stop – powiedziałem stanowczo. – Przerywamy to.
– Jak to? Przecież zapłaciliśmy za godzinę! – oburzył się Piotr.
– Zapłaciliście za dobre zdjęcia, a w tych warunkach dobrych zdjęć nie będzie. Chodźcie ze mną.
Zabrałem ich z głównego placu. Zeszliśmy w dół, w labirynt wąskich, zacienionych uliczek, gdzie słońce nie docierało bezpośrednio, a jedynie odbijało się miękko od jasnych ścian budynków. Znalazłem mały, kameralny placyk z fontanną, kompletnie pusty, bo wszyscy turyści tłoczyli się na górze w pełnym słońcu.
Posadziłem ich na chłodnym murku. Kupiłem im po zimnej wodzie w pobliskim sklepiku. Poczekałem 10 minut, aż ochłoną, przestaną mrużyć oczy, a czerwień z twarzy Piotra nieco zejdzie.
– Zapomnijcie o widoku na morze – powiedziałem. – Skupcie się na sobie. Tutaj mamy piękny, miękki cień. Magda, spójrz na Piotra. Piotr, powiedz jej coś, co ją rozbawi.
To był moment przełomowy. W cieniu, bez palącego słońca i tłumu gapiów, wreszcie odetchnęli. Zaczęli się uśmiechać – naturalnie, a nie do obiektywu. Światło było idealne: rozproszone, łaskawe dla cery, wydobywające głębię koloru oczu.
Zrobiliśmy tam serię zdjęć. Bez słynnej panoramy w tle, za to z emocjami, bliskością i klimatem starego miasta.
Kiedy dwa tygodnie później wysłałem im galerię, Magda zadzwoniła do mnie niemal natychmiast.
– Miał pan rację – przyznała cicho. – Te zdjęcia z tarasu widokowego są… no, widać, że się męczymy. Ale te z tej małej uliczki? Są przepiękne. To nasze ulubione zdjęcia z całego wyjazdu.
Ta sytuacja nauczyła mnie (i mam nadzieję moich klientów) jednej ważnej rzeczy w fotografii podróżniczej. Nie lokalizacja jest najważniejsza, ale światło i komfort modeli. Czasami trzeba odpuścić „ikoniczny widok”, żeby zyskać coś znacznie cenniejszego – autentyczność.
Morał: W fotografii, tak jak w podróży, nie chodzi o to, by być tam, gdzie wszyscy, ale by znaleźć właściwe światło – a o to najlepiej zapytać fachowca, nawet jeśli oznacza to wczesną pobudkę.
